Z okazji dwudziestej rocznicy publikacji pierwszego numeru pisma "brulion", w "Dziennika" retrospektywna ankieta, rozpisana nie tylko na głosy brulionowych kombatantów. Całe dwie strony sentymentalnej, choć miejscami i rewizyjnej podróży po jednym z głównych mitów założycielskich rodzimego życia artystowskiego przełomu wieków. Bez wątpienia "brulion" na swój osobliwy sposób przejął po paryskiej "Kulturze", funkcję modelunku polskich intelektualistów. Wpierw scalił młode sieroty po stanie wojennym wokół obrazoburczej kontrkultury, potem, radykalizując formę przekazu, odnowił język humanistycznych dysput, wreszcie, już w glorii naczelnego punktu odniesienia decydował o charakterze artystowskich postaw co najmniej dwóch pokoleń: roczników 70. (jako lektura zbójecka) i 80. (jako legenda do obalenia lub ponowienia). Dlatego mimo iż "brulion" już nie istnieje na rynku wydawniczym, jego format ciągle bywa ciągle, świadomie lub nie, naśladowany. Oczywiście, można by zadać pytanie: o który tu brulion chodzi? O ten pierwotny, spolaryzowany i zadziorny, czy późniejszy, dewocyjny i duchowo zaangażowany? Odrzucając dialektykę rozwoju przekazu pisma, łatwo jednak wykazać kilka cech konstytutywnych kanonu, wyznaczonego przez brulion:
Promując taki kształt obecności, "brulion" rzecz jasna nie robił żadnej rewolucji, bo jego rzekoma wywrotowość wynikała po prostu z wierności wzorcom awanturnictwa art-zinowego, przez szereg lat pozostającego w głębszym niż drugi obieg podziemiu okazjonalnych inicjatyw. Ważne jednak, iż do oficjalnego nurtu, przedostała się formacja, z jednej strony silnie identyfikująca się z daną generacją twórców, jakże odmienną od swoich poprzedników, z drugiej - mocno skontrastowana wewnętrznie, co gwarantowało wielość głosów. Czy udało się przekuć ową łobuziarską kontestację na jakościową prezentacją artystyczną, sprawa dyskusyjna. Julian Kornhauser przypomina o wymownym przełomie w dziejach "brulionu", gdy po niemal anarchistycznej dezynwolturze nastąpiła profesjonalizacja przedsięwzięć wydawniczych, pismo z enfant terrible polskiego krajobrazu prasowego stawało się poważnym magazynem opinii, który wyznaczał nowe trendy bądź nobilitował te istniejące. W ostateczności, jak wiadomo, m.in. dzięki pampersom Walendziaka, brulion trafił do potocznego obiegu jako kontekst tego, co najważniejsze we najmłodszej kulturze. Jednocześnie, z tonącego okrętu kostniejącej alternatywy zaczęły uciekać kolejne zdolne szczury, ułatwiając kapitanowi Tekielemu niemalże samotne stery pod banderą ewangelizacji.
W ankiecie „Dziennika” ciekawsze od wypowiedzi niegdysiejszych brulionowców (Cezarego Michalskiego, Piotra Siemona) zdają się opinie, wyrażone przez dwa bieguny teraźniejszości artystyczno- literackiej, które, świadomie lub nie, posługują się kodem brulionowym. I Piotr Marecki, odpowiedzialny za narodziny i rozwój pisma „ha!art.” (w Dzienniku już reprezentujący Krytykę Polityczną) i Grzegorz Górny, redagujący „Frondę”, chyba nawzajem się nie znoszący, wyznają podobny system preferencji, jeśli chodzi o metody funkcjonowania czasopism artystyczno literackich, przejęty wprost z brulionu, widoczny w równym stopniu w wydawaniu monotematycznych numerów i serii autorskich, co publicznych wystąpieniach, naznaczonych manifestacyjnym zaangażowaniem. Na rynku istnieją więc dwa awersy brulionowej stylizacji, podobnież dywersyjne i nacechowane ideologiczną ortodoksją. O ile fascynacja postmodernistyczną humanistyką zawiodły "ha!art" ku neomarsistowskiej agitce w duchu lewackiej awangardy, to sakralnie namaszczona misyjność "Frondy" pozostała sferą bogobojnego proskuityzmu.
Cóż zatem o brulionie mogą powiedzieć przedstawiciele owych zwalczających się, a paradoksalnie bliskich w zacietrzewieniu, obozów? Marecki uderza w nutę nader melancholijną, traktując "brulion" jako lekturę inicjacyjną, "gwałcącą umysły i wrażliwość", zaś ludzi związanych z pismem Tekielego jako swego rodzaju ikony artystycznych bohem. Z drugiej strony brulion jest dla niego negatywnym punktem odniesienia pod kątem ideologicznym. Marecki podejmując taktykę brulionowej zaczepności, odwraca wektory jej ideowego przesłania, lokując młode roczniki tam, gdzie większość brulionowców nigdy nie chciałaby trafić, tj. neomarksistowskiej międzynarodówki twórców ponowoczesności. Z kolei Górny, zaznaczając ponadliteracki charakter wczesnego brulionu, neguje postmodernistyczne oblicze pisma, uznając, iż tego rodzaju formuła się wyczerpała. Dla naczelnego "Frondy" flirt z nicością, odbywający się na łamach brulionowych, musiał w końcu zaowocować duchowym przebudzeniem, kierującym pismo ku żarliwej religijności.
Myślenie o "ha!arcie" i "Frondzie" jako doskonale uzupełniających się połówkach jabłka z nadgnitego drzewa brulionu, zakrawa na kiepski żart, lecz wydaje się całkiem logicznym wypełnieniem brulionowego testamentu. Historia Tekielego i s-ki była wszak historią grupy, targanej intelektualnymi implozjami, jaskrawie się różnicującej, sprzecznej wewnętrznie. Profanum walczyło tam z sacrum. Obecnie sacrum obsługuje "Fronda", zaś "ha!art" zajmuje się profanum. Czytane razem odwzorcowują brulionową matrycę, co nie znaczy, iż akurat w ich przestrzeni rozgrywa się jakaś artystyczna rewolta. To cena za niewolnicze przywiązanie do formuły pisma dywersyjnego. Gdy ustawia się amplitudę na skalę stopniowo rosnących napięć, istnieje bowiem niebezpieczeństwo wytracenia należytego dystansu i popadnięcia w rolę gabinetu osobliwości lub cyrku dziwolągów. Brulion w określonym momencie był takowym cyrkiem, który odbierało się, wbrew intencjom twórców, z przymrużeniem oka jako wybryki osób artystycznie niepoczytalnych. Nie inaczej może być (albo i jest) z "ha!artem" i "Frondą", gdzie dążność do wyciągania następnych dziwactw lub żarliwego optowania za obroną kościelnych przykazań, gubi gdzieś wymiar ewolucyjny, wskazany przecież dla pism o charakterze opiniotwórczych. Jeżeli brulion odbył tą ewolucję (czy raczej deewolucję), to "ha!art" i "Fronda" pozostają jakimiś barykadami rozwarstwionej humanistyki. O ironio, to chyba chroni je przed samozagładą: standartyzacja działalności i sprzedawanie światopoglądu jako czynnika warunkującego bycie intelektualistą jednego z obozów.
Jednym z uczestników ankiety "Dziennika" ku zaskoczeniu jest nie kto inny, lecz kontrowersyjny brulionowy ojciec założyciel Robert Tekieli. To rzadka okazja, by usłyszeć z jego ust coś innego niż potępienie Harry'ego Pottera, homeopatii i tysiąca innych zagrożeń dla wiary. Tekieli lakonicznie mówi coś o brulionie w ukryciu, przeprasza za swoje chamstwo i zapowiada wielki come back rocznicowy. Kto wie, czy nie dokonała się w nim wolta. Zwłaszcza, iż ponoć, jak wynika z jego wypowiedzi, powrócił syn marnotrawny Sajnóg. Szansy na nowe numery brulionu pewnie nie ma. Cykl się zamknął. Każdy robi dla siebie lub pod siebie, a brulionowa metodyka dostała się w ręce młodszych i bardziej zdeterminowanych. Drugiego brulionu już nie będzie.
- scalanie indywidualnej twórczości w stopy idei, których nośnikiem zamiast utworu staje się całość pisma literacko - artystycznego, definiowanego poprzez kolejno wyznaczane hasła światopoglądowe, czyli pismo koncepcyjne, realizowane wokół spornych tematów
- strategia prowokacji estetycznej, odznaczająca się ostentacyjnym łamaniem tabu, czyli pismo skandalu
- koncentracja nie tyle na sztuce i literaturze, co zjawiskach kulturowych, często tych o dyskusyjnej wartości, czyli pismo cywilizacyjne
- poszerzenie działalności monolitu pisma o politykę autorską w ramach książkowych serii wydawniczych, czyli pismo autorów
- odcięcie się od podziałów "mistrzowie - ucznie", kwestionujące hierarchiczny układ relacji w życiu literackim, czyli pismo antysalonowe
Promując taki kształt obecności, "brulion" rzecz jasna nie robił żadnej rewolucji, bo jego rzekoma wywrotowość wynikała po prostu z wierności wzorcom awanturnictwa art-zinowego, przez szereg lat pozostającego w głębszym niż drugi obieg podziemiu okazjonalnych inicjatyw. Ważne jednak, iż do oficjalnego nurtu, przedostała się formacja, z jednej strony silnie identyfikująca się z daną generacją twórców, jakże odmienną od swoich poprzedników, z drugiej - mocno skontrastowana wewnętrznie, co gwarantowało wielość głosów. Czy udało się przekuć ową łobuziarską kontestację na jakościową prezentacją artystyczną, sprawa dyskusyjna. Julian Kornhauser przypomina o wymownym przełomie w dziejach "brulionu", gdy po niemal anarchistycznej dezynwolturze nastąpiła profesjonalizacja przedsięwzięć wydawniczych, pismo z enfant terrible polskiego krajobrazu prasowego stawało się poważnym magazynem opinii, który wyznaczał nowe trendy bądź nobilitował te istniejące. W ostateczności, jak wiadomo, m.in. dzięki pampersom Walendziaka, brulion trafił do potocznego obiegu jako kontekst tego, co najważniejsze we najmłodszej kulturze. Jednocześnie, z tonącego okrętu kostniejącej alternatywy zaczęły uciekać kolejne zdolne szczury, ułatwiając kapitanowi Tekielemu niemalże samotne stery pod banderą ewangelizacji.
W ankiecie „Dziennika” ciekawsze od wypowiedzi niegdysiejszych brulionowców (Cezarego Michalskiego, Piotra Siemona) zdają się opinie, wyrażone przez dwa bieguny teraźniejszości artystyczno- literackiej, które, świadomie lub nie, posługują się kodem brulionowym. I Piotr Marecki, odpowiedzialny za narodziny i rozwój pisma „ha!art.” (w Dzienniku już reprezentujący Krytykę Polityczną) i Grzegorz Górny, redagujący „Frondę”, chyba nawzajem się nie znoszący, wyznają podobny system preferencji, jeśli chodzi o metody funkcjonowania czasopism artystyczno literackich, przejęty wprost z brulionu, widoczny w równym stopniu w wydawaniu monotematycznych numerów i serii autorskich, co publicznych wystąpieniach, naznaczonych manifestacyjnym zaangażowaniem. Na rynku istnieją więc dwa awersy brulionowej stylizacji, podobnież dywersyjne i nacechowane ideologiczną ortodoksją. O ile fascynacja postmodernistyczną humanistyką zawiodły "ha!art" ku neomarsistowskiej agitce w duchu lewackiej awangardy, to sakralnie namaszczona misyjność "Frondy" pozostała sferą bogobojnego proskuityzmu.
Cóż zatem o brulionie mogą powiedzieć przedstawiciele owych zwalczających się, a paradoksalnie bliskich w zacietrzewieniu, obozów? Marecki uderza w nutę nader melancholijną, traktując "brulion" jako lekturę inicjacyjną, "gwałcącą umysły i wrażliwość", zaś ludzi związanych z pismem Tekielego jako swego rodzaju ikony artystycznych bohem. Z drugiej strony brulion jest dla niego negatywnym punktem odniesienia pod kątem ideologicznym. Marecki podejmując taktykę brulionowej zaczepności, odwraca wektory jej ideowego przesłania, lokując młode roczniki tam, gdzie większość brulionowców nigdy nie chciałaby trafić, tj. neomarksistowskiej międzynarodówki twórców ponowoczesności. Z kolei Górny, zaznaczając ponadliteracki charakter wczesnego brulionu, neguje postmodernistyczne oblicze pisma, uznając, iż tego rodzaju formuła się wyczerpała. Dla naczelnego "Frondy" flirt z nicością, odbywający się na łamach brulionowych, musiał w końcu zaowocować duchowym przebudzeniem, kierującym pismo ku żarliwej religijności.
Myślenie o "ha!arcie" i "Frondzie" jako doskonale uzupełniających się połówkach jabłka z nadgnitego drzewa brulionu, zakrawa na kiepski żart, lecz wydaje się całkiem logicznym wypełnieniem brulionowego testamentu. Historia Tekielego i s-ki była wszak historią grupy, targanej intelektualnymi implozjami, jaskrawie się różnicującej, sprzecznej wewnętrznie. Profanum walczyło tam z sacrum. Obecnie sacrum obsługuje "Fronda", zaś "ha!art" zajmuje się profanum. Czytane razem odwzorcowują brulionową matrycę, co nie znaczy, iż akurat w ich przestrzeni rozgrywa się jakaś artystyczna rewolta. To cena za niewolnicze przywiązanie do formuły pisma dywersyjnego. Gdy ustawia się amplitudę na skalę stopniowo rosnących napięć, istnieje bowiem niebezpieczeństwo wytracenia należytego dystansu i popadnięcia w rolę gabinetu osobliwości lub cyrku dziwolągów. Brulion w określonym momencie był takowym cyrkiem, który odbierało się, wbrew intencjom twórców, z przymrużeniem oka jako wybryki osób artystycznie niepoczytalnych. Nie inaczej może być (albo i jest) z "ha!artem" i "Frondą", gdzie dążność do wyciągania następnych dziwactw lub żarliwego optowania za obroną kościelnych przykazań, gubi gdzieś wymiar ewolucyjny, wskazany przecież dla pism o charakterze opiniotwórczych. Jeżeli brulion odbył tą ewolucję (czy raczej deewolucję), to "ha!art" i "Fronda" pozostają jakimiś barykadami rozwarstwionej humanistyki. O ironio, to chyba chroni je przed samozagładą: standartyzacja działalności i sprzedawanie światopoglądu jako czynnika warunkującego bycie intelektualistą jednego z obozów.
Jednym z uczestników ankiety "Dziennika" ku zaskoczeniu jest nie kto inny, lecz kontrowersyjny brulionowy ojciec założyciel Robert Tekieli. To rzadka okazja, by usłyszeć z jego ust coś innego niż potępienie Harry'ego Pottera, homeopatii i tysiąca innych zagrożeń dla wiary. Tekieli lakonicznie mówi coś o brulionie w ukryciu, przeprasza za swoje chamstwo i zapowiada wielki come back rocznicowy. Kto wie, czy nie dokonała się w nim wolta. Zwłaszcza, iż ponoć, jak wynika z jego wypowiedzi, powrócił syn marnotrawny Sajnóg. Szansy na nowe numery brulionu pewnie nie ma. Cykl się zamknął. Każdy robi dla siebie lub pod siebie, a brulionowa metodyka dostała się w ręce młodszych i bardziej zdeterminowanych. Drugiego brulionu już nie będzie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz