Porwało Wojciecha Giedrysa na krytykę systemu...Potrząsnęło nim w imię wyższych racji i chęci wyrażenia dezaprobaty dla promocyjnej manii kolegów z korporacyjnej klitki. Ilustrowany demonicznym zdjęciem autora, tekst, który kolebie się na sieciowym Undergruncie, szasta mocnymi słowami. To koniec - wieszczy Giedrys, wskazując, iż krakowski nieregularnik Ha!art dał pewną część ciała, tj. niejakiego Witkowskiego, by trafić pod strzechę, czyli w domyśle, na półki hipermarketów. Wielka to perwersja oskarżać najbardziej manieryczną donkiszoterkę antykonsumeryzmu o skłonności z owym konsumeryzmem zbieżne: masowość, reklamiarstwo, marketing, zwłaszcza, iż reżimowe wydawnictwa w protorealizmie Shutego (protetyka realizmu) oraz gejszpanie Witkowskiego dostrzegły szansę na przyszłość rodzimej literatury. Zresztą Giedrys przesadza i z konstatacją klęski ideałów śp. niszy. Przecież cały ten rynek zW.A.B.ionej twórczości posiada w istocie charakter niszowy, ograniczony do wyselekcjonowanej enklawy nobliwych decydentów, reszta śmigająca po mediach to zapełniacze dziur czasowych i wypełniacze misji kulturotwórczej, na którą nikt się już nie nabierze. Podział na rzekomo czcigodny Ha!art sprzed okresu prosperirty oraz ten sprzedajny, kupczący Witkowskim i Shutym, jest zatem zręcznym chwytem retorycznym, mającym pokazać, że producencka wytwórczość sekretarza Mareckiego i spółki straciła akceptację idealistycznych młodziaków, którzy nie tak wyobrażali sobie walkę z oprawczą cywilizacją pop kultury. Tymczasem Ha!artowski wallenrodyzm w istocie od początku był schizofreniczną przepychanką w łonie przyszłych funkcjonariuszy rynku instytucjonalnej literatury; że niby brzydzimy się, ale w zależności od tego, czy jest to odpowiednio nagłośnione. Przywołane przez Giedrysa wypowiedzi mądrej Sowy i sekretarza Mareckiego świadczą, iż o żadnej rewolcie nie mogło być mowy, gdyż od początku była to działalność stricte merkantylna, w rodzaju tej, którą praktykują od lat przeróżne stowarzyszenia forsujące swoich ludzi na etaty pisarczyków. Z drugiej strony jednak mają te wypowiedzi posmak jakiejś napuszonej zgrywy, partyjnego języka oficjelów agencji reklamowej, przybudówki młodzieżowego aktywu. Uwierzyć im nie sposób. A Giedrys najwyraźniej uwierzył. Przejedzie się chłopak niechybnie na tej wierze...
środa, marca 23, 2005
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

8 komentarzy:
to za mondre jak dla mnie...
czy to dobrze czy to zle ?
A ja nadal wolę Ha!Art od Giedrysa
wsadzcie se ten blog w dupe. /hiperrobociarz
oj ludzie ludzie,
to zawsze sie dzieje z młodymi buntownikami, że potem kiepsko im idzie z uzasadnianiem zmiany postaw, tyle ze w przypadku Ha. nie było nawet maskowania za bardzo. od poczatku koledzy mówili o co im chodzi a jezeli nawet nie mówili to pokazywali. no i co. no i pstro. udąło sie im. jakby nie było bedzie sie wspominac skutego i michasia jako ich produkty.
generalnie jednak ścieranie sie swiatopoglądowe z pozycji szefa jednego pisma które w mijającym roku nie wydało w zasadzie żadnego numeru z drugim, które ywdało dwa numery w ciagu roku staje sie lekko smutne. a pisze to bom sam pełen smutku i winy.
No i co że Lubiewo się dobrze sprzedaje? czy to takie chwalebne zostać w ghetcie i niszy i biedę klepać? Literatura jest od tego żeby miała czytelników, każdy tego chce, każdy chce się sprzedać. Inna sprawa to pisać pod publikę, już z ta myślą, żeby się wszyskim spodobało. To wg mnie na pewno nie jest przypadek Witkowskiego (Zwału nie czytałam to nie wiem), lubiewo to po prostu dobra książka! I bardzo dobrze że znalazła czytelników, a że haArt się na tym wzbogaci, to co? Najważniejsze żeby robili swoje. A że są recenzje w mainstreamowych mediach, to co, lepiej oddawać niesprzedane egzemplarze na przemiał? Jak ktoś chce być taki antykosumpcjonista to niech będzie konsekwentny, niech żyje w squacie, książki odbija na powielaczu i rozdaje na ulicy. Ale jakby to było dobre to i tak by ktoś by to chciał kupić, i tak to się kręci, wszyscy dajemy dupy mniej lub bardziej.
Hi
Prześlij komentarz