Przezdolny manipulator pop szmirą i inscenizator laptowych symfonii zniszczenia, niejaki Kid 606, zasłynął u progu swej kariery nagraniem Luke Vibert can kiss my indie-punk whiteboy ass. Wywrotowość tego utworu kryła się nie tyle w wiercących uszy hałasach, lecz właśnie w bezpardonowym tytule. Niezorientowanym w temacie należy wyjaśnić, iż Luke Vibert, którego Kid tak hmmm, komplementuje, należy do ścisłej czołówki wykonawców eksperymentującym z brzmieniami elektronicznymi. Trudno więc go sobie wyobrazić w roli ikony symbolizującej masową kulturę, którą atakuje się w imię walki z komercją. A jednak Kid wiedział, co robi. Vibert ze swą estymą artychy samplingu, wytwarza taką samą aurę artystycznej poprawności jak, nie przymierzając, Jean Michael Jarre i jest idealnym obiektem kontestacji. Dlatego zabieg Kida warto przemyśleć pod kątem innych dziedzin współczesnej wytwórczości kulturowej, choćby farbowanej na półkach księgarskich literatury. Ostatnim bohaterem tej działki, stał się na polskim rynku Michał Witkowski. Właściwie można sobie darować lekturę jego pism, bo sam autor zrobił dostatecznie dużo, by zasłużyć na, podobną co u Kida, deklarację miłosci. Niegdysiejszy postmodernista stroi się w piórka Jeana Geneta, serwując podobny co u francuskiego klasyka zestaw póz reprezentanta mniejszości, odrzucającego stan duchowości i preferencji seksualnych konserwatywnego społeczeństwa. Choć rozmowę z Witkowskim, "Duży Format" firmuje buńczucznym zawołaniem "Spadaj, ohydny heteryku!", to sam wywiad toczy się tonem kronikarskiej melacholii. Autor paradokumentalnego "Lubiewa" okazuje się więc spolegliwym reportażystą, fundującym własny punkt widzenia na wędrówkach z notesem w ręku, dzięki czemu potrafi klarownie wytłumaczyć, co to jest "luj" i dlaczego "ciota" nie pójdzie z kobietą do łóżka. Całkiem strawne to dla potocznego czytelnika. Nawet, jeśli ów czytelnik wzdryga się przed kontaktem z homoseksualistą, chętnie o tym sobie poczyta. Pomijając jednak analityczną wartość "Lubiewa" jako świadectwa społeczno obyczajowego, Witkowski już teraz wszedł w rolę kontr-idola, którego zawsze można poprosić o wypowiedź w każdej sprawie, a podpisać "autor głośnej powieści". Niepotrzebnie więc twórca "Lubiewa" zżyma się na określenie "gej" i wyraża dystans wobec roszczeniowych postaw homoseksualistów. Wcześniej czy później i tak jego alienacja zamieni się w afirmację gejostwa jako struktury ucisku kolorowej inności przez szarą tę-samość, skutkiem czego Witkowski będzie cool, nawet dla wymagających licealistów. Znajdą się aczkolwiek nieliczni, których będzie on mógł, co najwyżej, pocałować...
środa, marca 30, 2005
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

3 komentarze:
Powiedzmy to jasno, M.W. wiele lat szukła swojej drogi do zostania sławnym pisarzem. Była postmoderna, ale sie spóźnił. Więc przez jakiś czas pozostawało mu tylko skowytanie na obrzeżach że jest wielkim pisarzem, przy każdej zreszta okazji. Potem był czarny golf i proza północy czy tez literatura zaangażowana. Ostatecznie wybrał droge paradoksalnie najskuteczniejszą. Bo skutecznosc jest miernikiem działania M.W. co może sie podobac lub nie, ale w tych kategoriach proponuje rozpatrywac jego ruchy.
Jako zaspokojenie pewnego głodu uznania. Bardziej ciekawe bedzie dla mnie co napisze jak sie uspokoi.
co do tego Kida606
a)nie płytką a utworem o tym tytule(z albumu "Down With The Scene")
b)nie u progu kariery
c)Vibert pochodzi z Anglii,nie z Ameryki.
Sprostowania przyjęte i wdrożone, ukłony dla Paznokcia!A co do Kida, this guy (nie gej!) really kicks ass!!!
Prześlij komentarz